BRAWA ZWOLENNIKÓW

De Beaumont sfinansował leż wystawienie spektakli baletowych. Jeden z nich to Merkury z muzyką Erika Satie’ego w wykonaniu Baletu Szwedzkiego. Nie licząc kilku drobnych niepowodzeń, każdy spektakl odbywa się niemal wyłącznie przed oddaną idei, „parterową” publicznością. Repertuar jest bo­wiem zbyL „ambitny”, by przyciągnąć większą liczbę widzów. Dochodu nie przy­nosi nawet elegancka filia kabaretu Wół na Dachu, otwarta we foyer przez Moysesa. Bilety rozdawane są za darmo, i to wśród bliskich znajomych. Brawa biją więc sami zwolennicy (należy do nich też Kiki) tak oryginalnych pomysłów inscenizacyjnych, jak: Sałata, Mody, Człowiek i jego pragnienie oraz Romeo i Jułia – wszystkie w adaptacji Cocteau.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

BAJECZNE SPEKTAKLE

Niektórzy zastanawiają się, jak to się dzieje, że ten poeta, bywający ciągle w tylu różnych miejscach i kręgach towarzyskich, potrafi jednocześnie tworzyć te bajeczne spektakle. Można by sądzić, że teatr jest całym jego życiem. Coc­teau gra tak dobrze samego Cocteau, że wpada w pułapkę roli. To tak, jakby czarodziej wykonujący magiczne sztuczki zaczarował sam siebie. W przeciwieństwie do Kiki, jest nad wyraz wstydliwy w swoim ekshibicjoni­zmie. On, który przyobleka uczucia w kartki złoconego papieru, tak jak niegdyś listkami starano się zasłaniać nagość posągów, uchodzi za nieczułego anioła, udręczonego i bijącego blaskiem zarazem, jawi się jako asceta dekadencji.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

OBAWY PRZED KOMPROMITACJĄ

Niektórzy surrealiści odwracają się od niego od czasu, gdy Breton, za­zdroszcząc mu sukcesu, potępił go za homoseksualizm. Wielu spośród daw­nych przyjaciół i znajomych przestaje się z nim widywać z obawy przed kom­promitacją. Także Soupault atakuje ostro tego „parszywego dekownika”, a uprzejmy Robert Desnos telefonuje do pani Cocteau, żeby zawiadomić ją, że jej syn jest skończony.Cocteau, pragnący jedynie współpracować z dadaistami i niczego więcej, z powodu bojkotu kolegów jest zupełnie osamotniony. Jedyni przyjaciele, którzy go nie opuścili to Rene Crevel i Aragon. Czasami zwierza się – „Chciałbym za­łożyć szkołę dla osób niechcianych, takich, jak ja. Uczyłbym w niej zachowań, które sprawiają, że wszystkie drzwi zamykają się człowiekowi przed nosem”.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

JASKRAWY MAKIJAŻ

Także Kiki jest osobą, której Andre Breton unika, jakby była trędowata. Kie­dy zobaczył ją po raz pierwszy, nieśmiałą, mimo jaskrawego makijażu, pocało­wał ją szarmancko w rękę. Wielki rewolucjonista zdobywał się czasami na ge­sty w starym stylu. Kiedy jednak zorientował się, że ta paryska prostaczka nie ma w sobie nic z eterycznej modelki czy też muzy skamieniałej na piedestale, jak ją sobie wyobrażał na podstawie fotografii Mana Raya, zaczął unikać jej jak ognia. Teraz ilekroć ją widzi, ledwie zdobywa się na krótkie – „Dzień dobry”. Mówicie zbyt dużo o kochaniu, a nie wiecie, jak to się robi! – powiedzia­ła kiedyś w Cyrano, tracąc od razu czar pięknej nieznajomej.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

WROGOŚĆ MIESZKAŃCÓW

Następnego dnia była wspaniała pogoda, więc wcześnie rano wybrali się na wspólną przechadzkę. Makijaż Kiki wzbudził od razu wrogość mieszkańców. Można by pomyśleć, że nigdy dotąd nie widzieli obcych – powiedział Man.Patrzą na nas jak na bandę dzikusów.Pewnie myślą, że zaraz wyjmiemy tomahawki i będziemy ich skalpować dodała Kiki.Po powrocie w oberży czekał już na nich obiad, który podano na pierwszym piętrze. Biesiada trochę się przeciągnęła. Wypili osiemnaście butelek wina, czyli po jednej na głowę. W pewnej chwili poeta Benjamin Peret zaczyna sprze­czać się z dwoma sąsiadami przy stole.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

ZDENERWOWANY PERET

  • To może się źle skończyć. On zawsze wpada w szał, kiedy tylko zaczyna się dyskusja o księżach i Kościele – szepnął Man do Kiki. Istotnie, Peret był tak zdenerwowany, że trzeba go było wyprowadzić na balkon, żeby ochłonął. Tymczasem przed oberżą akurat przechodzili mieszkań­cy miasteczka. Wszyscy odświętnie ubrani, była bowiem niedziela. Peret do­strzegł z balkonu mieszczańską parę, która wydała mu się szczególnie napu­szona. Wychylił się za balustradę i zawołał:Hej! Wy lam na dole! Otyła kobieta, cała w czerni, i jej mąż, trzymający w ręku parasol, zadarli głowy.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

DZIWACZNY PRZEDMIOT

  • Do czego służy ten niemodny przyrząd, ten sztuczny fallus, symbol tchó­rzostwa? – krzyczał Peret ze swojej zaimprowizowanej trybuny. – Czy nie widzi­cie, że jest piękna pogoda?! Zejdź pan, to zobaczysz, do czego służy! – odpowiedział mężczyzna. Podekscytowany Peret zbiegł po schodach i wyszedł na zewnątrz, a za nim wszyscy koledzy.A więc do czego służy ten dziwaczny przedmiot? – zapytał zdyszany.W odpowiedzi otrzymał kilka mocnych ciosów owym „przyrządem”. Wtedy do akcji wkroczyła Kiki. Wyrwała parasol z rąk właściciela, złamała go na kola­nie i wyrzuciła do pobliskiego ogrodu. Mieszkańcy miasteczka, jakby czekając na sygnał, ruszyli do ataku niczym rój rozwścieczonych os. 

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

ZA ZNISZCZENIE PARASOLA

Przerażeni przybysze musieli szukać schronienia w oberży. Na szczęście nie doszło do bójki, ale w całym zamieszaniu stłuczono szybę. Zarówno oberżysta, jak i właściciel parasola zaczęli się domagać wyrów­nania poniesionych strat. Ponieważ nikt nie kwapił się do płacenia, sprawa znalazła finał na posterunku żandarmerii. Nie obyło się jednak bez trudności. Okazało się, że komendant, jak w każ­dą niedzielę, wybrał się na ryby Do tego nikt me poczuwał się do winy. Szczę­śliwym zbiegiem okoliczności jedna z paryżanek była krewną byłego prezyden­ta republiki, co wywarło pewne wrażenie na funkcjonariuszu przesłuchującym strony. Uznał w końcu, że przyjezdni nie ponoszą winy za rozbicie szyby, ale Ki­ki będzie musiała zapłacić za zniszczenie parasola. Trzeba więc było podpo­rządkować się decyzji, zwijać manatki i wyjeżdżać.Mimo wszystko wygraliśmy tę wojnę – ironizował później Man.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

ZAPACH MANDARYNEK

  • Jest tu ktoś? Kiki zamyka za sobą drzwi pracowni. W powietrzu unosi się dziwna miesza­nina zapachów: tytoniowego dymu, terpentyny i świeżo obranych mandarynek.Jesteś tutaj Man? – woła, odwracając się przed wąskimi, stromymi scho­dami.Widziała jednak voisina zaparkowanego przed wejściem. Man jest dumny z tego auta niemal jak XIX-wieczny modniś ze swojego tilbury. Oto i on: wyła­nia się niczym alchemik po zakończeniu tajemnych eksperymentów, wycierastarannie ręce skrawkiem materiału.Nie przeszkadzam ci? –  pyta Kiki, rozpinając płaszcz, którego kołnierz zdobi szerokie, jasne, fantazyjne fuLro. – Musiałam cię koniecznie zobaczyć.Chcę ci coś pokazać.

Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn